czwartek, 29 listopada 2007

i z drogi...


droga... a w dole...



Ganges




Himalaya...

Wspomnienia z Srinagaru


z rodzinka( od lewej mama Surekhi, sluzacy- prawie jak czlonek rodziny, Surekha,ja, szwagierka S. z corka Bulbul)


Surekha, Prof. Dangwalji i ja :)
(dla niewtajemniczonych z Surekha znamy sie juz 7 lat! jak ten czas leci)


justine w sari


justine na wykladzie


slodkie ladu (tamtejsze cukiernicze frykasy)

Dzien 30 Dehli

update: niestety wyprawa juz dobiegla konca ale powinnam chyba jeszcze dodac ze podroz z Srinagaru busem do Dehli z przesiadka w Rischikesz byla momentami przerazajaca zwlaszcza tuz nad przepascia na kazdym zakrecie, bo to przeciez Himalaje, ale niezbyt meczaca ( chyba nabralam juz wprawy) przebyta w drobne 12 godzin, ktore teraz wspominam z nostalgia... ordinary bus, wokol sami hindusi, sasiad obok czestujacy mnie orzeszkami i innymi tamtejszymi frykasami z seri fast food. Bardzo rozmowny byl ten starszy pan i nawet wspolnie przegladalismy obrazki w przewodniku bo konwersacje mielsmy nieco skoromna, ze wzgledu na ograniczony zasob slownictwa (mojego w hindi i sasiada w angielskim). Po dotarciu do stolicy i wczesniej umowionego hotelu gdzie czekala juz na mnie cala brygada uzbrojona w dwie taksowki zdazylam jeszcze zakupic hinduskie sladycze o nazwie ladu(kulka o zwartej konsystecji w wielu smakach). Zaraz potem nadszedl czas powrotu. Zaladowalismy wiec toboly i ruszylismy na lotnisko... wazna informacja dla wszystkich potencjalnych prodozujacych w tych rejonach: dobra rada nie tylko do Surekhi, na lotnisko nalezy przybyc co najmniej na 3 godziny przed odlotem a to ze wzgledu na tlumy, kolejki i wszelkie procedury hinduskie... Oczywiscie odprawe przeszlam z powodzeniem i tak oto pamietnego 17 listopada AD 2007 wyladowalam na polskiej ziemi... jeszcze tylko kilka fotek z pobytu w Himalajach...

czwartek, 15 listopada 2007

Dzien 29 Srinagar

nadal... i juz po kolejnym wykladzie :) dzisiaj jeszcze zostalo muzeum... zwiedzanie gorskiej miejscowosci... za przewodnika mam Surekhe wiec chyba nie bedzie problemu no i jutro rano ruszam do Dheli... busem bo podobno szybciej i bezpieczniej...wsiadam o 6 rano tutaj i bede w stolicy kolo popoludnia jakies 10 godzin a potem juz lotnisko... tam musze byc podobno na 3 godziny przed odlotem - tlok jak wszedzie w indiach;)
zdaje sie ze to bedzie moj ostatni wpis...hlip hlip tym razem:) bo juz jest postanowone... wracam pytanie tylko kiedy?!

środa, 14 listopada 2007

Dzien 27 i 28 Srinagar

Nareszcie dotarlam do Surekhi... czekali na mnie na przystanku autobusowym i bardzo sie martwili... podobno przyjachalam ostatnim mozliwym autobusem:) troche dlugi ten dzien byl bo od 5 rano do 9 wieczorem siedzialam w srodkach indyjskiego transportu... no ale nareszcie jestem w Himalayach... wieczorem zjedlismy kolacyjke... razem u Surekhi w domu a dzisiaj od samego rana zwiedzam zakamarki tutejszego uniwersytetu i poznalam juz chyba wszystkie ososbistosci na kazdym wydziale... pewnie dlatego ze jestem tak egzotyczna osoba... nawet studenci na korytarzu mnie zaczepiaja zeby ze mna porozmawiac... normalnie gwiazda:) no a dzisiaj rano mialam wyklad na wydziale hmmm...ekonomii... ale master program dotyczy interdyscyplinej dziedziny wiec architektura tez sie przyda:) poza tym tutaj wszystko jest tak inne, ze cokowiek by opowiedziec bedzie przyjete z wielkim entuzjazmem... no bez przesady troche trzeba sie przygotowac:)
a teraz wyruszam na zwiedzianie Sringaru z Surekha... juz mi tu zorganizowala caly pobyt obiady, odwiedziny u rodziny nawet bilet powrotny:)... siedzimy wlasnie w gabinecie jej meza (tez dziekan wydzialu) i skoro oni czekaja na mnie nie bede przedluzac i do nastepnego napisania

poniedziałek, 12 listopada 2007

High Court nadal w Chandigarh


i moje permission na wejscie do swiatyni hinduskiej sprawiedliwosci

Chandigarh w obrazkach :)


a to niespodzianka:)!!!

Dzien 24 i 25 i 26 Chandigarh

czyli the City Beautiful.... wow zupelnie inny swiat!!!... i tylko skala troche przeraza... dla tych z branzy nie musze nic dodawac ale podpowiem tylko, ze eksperyment dyskusyjny a przez tubylcow zaakceptowany w 100 procentach... tylko jakos sie nie bardzo sprawdza:)
dojechalismy tu przedwczoraj z przygodami bo bus dopiero ruszyl z gor do Chandigaru kolo 16 wiec dojechalismy na noc ale juz wczoraj i dzisiaj odkrywalam wszelkie zakamarki. Niestety nie sposob chocby tylko rzucic okiem na wszystko wiec z jednego dnia zrobily sie dwa...i moglabym jeszcze dluzej...niestety:) juz jest postanowione: jutro jade do Srinagaru... i mam nadzieje do konca podrozy tam zostac. Potem trzeba tylko szybko przemiescic sie do Dheli i...
Dzisiaj mialam mozliwosc po wielu trudach i zdobyciu specjalengo pozwolenia na zwiedzenie niestety tylko jednego budynku... tj. sadu stanu Penjab i Haranaja... dodam, ze mialam tez okazje poromawiac z kilkoma adwokatami... zjesc obiadek w ich towarzystwie, dostac zaproszenie na hinduski slub (na szczescie nie swoj:)) zostac wypytana o wszelkie wazne dla potencjalnego Hindusa sprawy jak: wiek, stan cywilny, wyksztalcenie:)... i dostac zaproszenie na wieczor na kolacje - tego sobie odmowialm:) za to nie moglam przejsc obojetnie obok kilku ogrodow, z ktorych najbardziej imponujacy jest Rock Graden... caly stworzony z odpadow:) ale imponujacy... bylam ta za dnia i w nocy, o zachodzie slonca... robi wrazenie...!!!
a teraz juz koncze bo trzeba sie zaczac pakowac i niestety ruszac dalej... bo jutro pobudka 5 rano... dostalam zaproszenie do wygloszenia wykladu na tamtejszym znaczy srinagarskim uniwersytecie... no i jeszcze do tego powinnam sie jakos przygotowac:)

piątek, 9 listopada 2007

Dzien 23 McLeod Ganj

nadal... i zdaje sie ze nie bede mogla sie przemiescic tak jak planowalam... juz wymeldowalam sie z pokoju... juz mialm spakowany placak a tu klops. Mimo wczesniejszych ustalen autobusu do Chandigharu wieczorem nie bedzie. Na powrot wiec wynajelismy "nasz" pokoj... problem tylko w tym, ze juz drozej i na nawo zapakowalismy tam swoje plecaki. Niestety nawet tutaj Diwali swietuja wszyscy, lacznie z kierowcami busow do Chandigarhu. Oczywiscie oprocz sklepikarzy i przydroznych handlarzy nastawionych na turystow masowo ciagnacych na sniadanie z Dalai Lama:). A i ja dzisiaj rano mialam te przyjemnosc.. hmmm jak to brzmi - Sniadanie z Dalai Lama...( nadaje sie na tytul ksiazki:)) dla pelnego obrazu dodam, ze His Holines zajadal sie ciasteczkami jako i ja:) i popijal herbatke... niestety ja nie, bo na spotkanie nie wzielismy kubelkow i niestety mnisi serwujacy na prawo i lewo herbatke z mlekiem nie mieli szansy. Pociaszylam sie za to woda mineralna, ktora w takim towarzystwie smakowala rownie wysmienicie:)
Oczywiscie przed wejsciem na spotkanie odstalam w kolejce i przeszlam pelna kontrole osobista... (nie mozna bylo miec ze soba telefonow komorkowych ani aparatow fotograficznych) wiec swiadectwa w postaci obrazka nie ma ale mam nadzieje, ze moje slowa: bylam, zobaczylam, spotkalam tez cos znacza:) potem rozsiedlismy sie wygodnie na jednym z tarasow bo w swiatyni nie bylo juz miesca... zdaje sie ze pierwsi desperaci byli tutaj przed wschodem slonca... i przez mizerne radio wysluchalismy wykladu, ktory w zasadzie traktowal o tym samym czyli o buddyzmie:) koncepcji wewnetrznego ja itd.(szczerze mowiac tlumacz byl tak podly, ze popoludniowe nauki sobie daruje... chociaz ze wzgledu na ciekawe zjawisko socjologiczne warto bylo tam byc...
No a teraz musze troche odreagowac i planuje maly treking w Himalaje... poki jeszcze jeden dzionek zostal i slonce przygrzewa.

czwartek, 8 listopada 2007

Dzien 22 miejsce bez zmian

... jak ten czas pedzi jak szalony... miasto moze male, dwie ulice na krzyz, na kazym kroku spotykasz tych samych ludzi ale i tak nie wiedziec kiedy konczy sie dzionek a zaczyna nowy...
Wczorajsze tance podobno byly ciekawe ale ja tam nie dotarlam... niestety razem z Ciro szukalismy miejsca przeznaczenia ale jak sie okazalo szwedalismy sie dokladnie na drugim krancu wiochy kolo Templi... mimo to wiemy co bylo... bo Magda z Adamem zdarzyli doniesc... oczywiscie przy kolacji w kolejnej jadlodajni rekomendowanej przez LP:).
Dzisiaj dla odmiany eksplorowanie wioski i drugiego kina ... oczywiscie film o Tybecie... opcji bylo kilka ale ostatecznie droga eliminacji wybralismy i teraz hmmmm nie pamietam dokladnie nazwy ale seans specjalny na zamowienie zaczyna sie o czwartej wiec pewnie jeszcze doniose co i jak... a i chyba mam juz mete w Chandigarze, bo ktos sie do mnie odezwal... znaczy ten sam ktos, ktorego rekomendowal moj portugalski wspolspacz... zaraz pisze replaya na maila:)

środa, 7 listopada 2007

Wschod slonca w McLeod Ganj



a potem w droge do Dharamsali...

Wejsciowka do Dalai Lamy


mam mam nigdzie sie bez niej nie ruszam:)

Dzien 21 McLeod Ganj

nadal... a to do mnie nie podobne biorac pod uwage dotychczasowe tempo podrozy:) dzisiaj udalo mi sie oddac bilet do Dehradun na jutro wieczor i na szczescie dostac zwrot pieniedzy (oczywiscie nie wszystkie) ale zawsze:) w zwiazku z tym po smacznym sniadanku i wczesniejszej wizycie w swiatyni, w ktorej urzeduje Dalai Lama wyruszylam ( w towarzystwie Tiny i Ciro/ Siro???) w podroz jeepem na odkrywanie Dharamsali. Busy/jeepy odjezdzaja co 15 minut wiec z przemieszczeniem sie do innej cywilizacji nie ma problemu tyle, ze tam nic ciekawego nie ma poza bardzo sympatycznym panem na poczcie, ktory bardzo chcial zeby zrobic mu zdjatko... potem tylko szef jeszcze czul sie poszkodowany i w efekcie zrobila sie z tego niezla sesja. Magda z Adamem tez tutaj juz sa od wczoraj(tutaj- znaczy u DL) i oczywiscie spotykamy sie za kazdym rogiem i wymieniamy doswiadczenia:)) takie wielkie to miasto! Poza tym na kazdym kroku spotyka sie te same twarze... a na 9 listopada zapowiadaja sie tu cale tlumy, normalnie pol Indii tu sie zjedzie... W zwiazku z wypelnianiem czasu oczekiwania na DL postanowilismy wczoraj przetestowac tutejsze kino ( a jest ich 2! dodam jeszcze tylko ze kafejek internetowych nie jestem w stanie zliczyc!) Film hmmm delikatnie mowiac nie porywa... o Tybecie oczywiscie... ale nie polecam, dla zainteresowanych podaje tytul:Dreamind Lhasa. Dzisiaj za to pieknie rozpoczety dzien ( wschodem slonca - specjalnie cala nasza trojka nastawila budziki:) zamierzamy zakonczyc tancami tybetanskimi... wrazenia po a teraz probuje zaplanowac kolejny przystanek... Chyba jednak padnie na Chandigar. To przystanek obowiazkowy a mam propozycje od wspolspacza obecnego skorzystac z atrakcji pt CouchSurfing ( podobno nocleg w Chandigarze jest potwornie drogi. Tak mowi tez moj najlepszy przyjaciel LP) Jedyne co powinnam zrobic to zameldowac sie na stronie co zaraz zamierzam uczynic...

wtorek, 6 listopada 2007

Dzien 20 McLeod Ganj

ale caly czas w tym samym miejscu znaczy kilka kilometrow... a raczej pol godzinki busem od Dharamsali...
No to dzisiaj podjelam meska decyzje - zostaje tu dluzej!!! Mimo wszystko chyba uda mi sie spotkac z Dalai Lama... audiencji niestety nie ma ale za to bedzie wyklad, na ktory juz sie zapisalam ( oczywiscie po pokazaniu paszportu, zlozeniu wniosku wraz z dwoma zdjeciami paszportowymi i po symbolicznej oplacie 5 Rp.)- ah ta hinduska biurokracja w kazdym hotelu pytaja cie o paszport, imie i nazwisko, date urodzenia... etc. wszystko w kilku egzemlarzach wszystkie mozliwe numery paszportu wizy i daty oszalec mozna ale tylko na poczatku.... tutaj znaczy na spotkanie z DL ze wzgledu na bezpieczenstwo podobno:) spoko musialm tylko spreparowac foto ktore wyglada koszmarnie... i juz mam emblemacik:) problem jedyny, ze na spotkanie /wyklad musze czekac czas jakis znaczy dwa dni.. luz bo miejsce jest sympatyczne... wokol piekne widoki... mozna wyskoczyc na krotki trekking... jedyne co musze zrobic to odwolac busa do Dehra Dun i nie bede na 9 listopada na Diwali Festiwal z Surekha... ale niestety nie mozna miec wszystkiego... a poza tym Diwali w przyszlym roku pewnie jeszcze bedzie a z DL nie wiadomo...
Zaplanowlam, ze jade potem z nowa brygada do Chandigaru- to jest obowiazkowe! znaczy cel podrozy niekoniecznie towarzystwo a potem na caly ostatni tydzien do Surekhi... zobaczymy czy cos sie zmieni... ale przeciez jestem elastyczna...:) a teraz kolejna niespodzianka... no niestety z niespodzianki nici bo komputer w sprawie zdjec odmawia wspolpracy...ale ponegocjuje jeszcze

poniedziałek, 5 listopada 2007

Golden Temple

Dzien 19 Dharamsala

dziasiaj jeszcze rano w Amitsarze a teraz nieco dalej jakies 6 godzin busem w Daramsali a dokladniej u samego Dalajlamy:)... wyruszylam zaraz po wschodzie slonca cos kolo 7 z minutami wczesniej uzgodnilismy podzial grupy ... tzn Magda z Adamem podziwiaja jeszcze widoki Amitsaru a ja ruszylam w droge... nie sama bo w dormitory spotkalam bardzo sympatycznego porugalczyka (jak sie po dluzszej rozmowie w busie okazalo) i umowilismy sie na wspolna podroz skoro cel mielismy ten sam... po drodze doloczyla do nas chinka, ktora owy podrugalczyk spotkal juz w pociagu i teraz wspolnie podziwiamy widoki Hiamalajow... oczywiscie po pysznej tybetanskiej kolacji...( szczerze mowiac gor w nocy nie widac:) ale za to rano obowiazkowo wschod slonca). Tutaj jutro bedzie jakis festiwal wiec wszystkie miejsca w hostelach zajete... ale spoko mam juz wprawe, tym bardziej ze sie dogadalismy we trojke i wynajelismy super pokoj z widokime na gory i wlasna lazienka... oczywiscie za zensowna oplata. Jutro z samego rana ruszamy zameldowac sie u Dalajalamy... moze sie uda...? Tina ( wspomniana wczesniej chinka) jest na maxa zafiksowana a i ja tez mam ochote na takie niecodzienne spotkanie.
Zakupilam tez juz dzisiaj bilet na busa do Surekhi i umowilysmy sie, ze odbiora mnie z dworca w Dehradun 8 listopada rano... wiec poki co wszystko wedlug planu...
a teraz wracam do pokoju podziwiac widoki... gorskie oczywiscie...:) jak komputer nie zastrajkuje to podziele sie nimi...

Dzien 18 Amritsar

Wczoraj niestety nie dotarlam do komputera... utknelam w tlumie pielgrzymow w Golden Temple.... to jest dopiero widok mnostwo Sikhow w misternie zaplecionych turbanach... organizacja calego kompleksu imponujaca musze przyznac... nawet jedzonko dla tych tysiecy podawane 24 godziny na dobe wychodzi im nad wyraz sprawnie... na obiadek jadlam dal fry z chiapati... wody nie pilam profilaktycznie wszystko bylo pyszne po wyczerpujacej 15 godzinnej podrozy pociagiem tylko, ze w trakcie wydawania posilku czulam sie jak maly trybik wielkiej machiny. Zaraz po wejsciu dostajesz miske, talerzyk potem za tlumem przemieszczasz sie do jadlodajni, przydzielaja ci miejsce i zanim sie czlowiek nie obejrzy trzeba wychodzic... oczywiscie wyjsciem wskazanym przez obsluge.... no ale przezycie niesamowite... tylko wszyscy patrza na europejczykow jak na ufo... czywiscie przeszlam swiatynie dookola zerknelam na swiatynie do srodeczka... bylam swiatkiem wynaszenia swietej ksiegi....nocleg oczywiscie w pobliskim dormitory tak zeby zdazyc na wschod slonca ze zlota swiatynia na pierwszym planie... oa zaraz potem wyruszylam do Daramsali... busami... i to juz bylo dnia nastepnego

sobota, 3 listopada 2007

Hawa Mahal


Dzien 16 i 17 Jaipur

no i do wczoraj jestesmy w Jaipurze- Pink City dla niewtajemniczonych... z wielkimi trudnosciami przyszlo nam znalesc nocleg... bo wszyscy tu przyjachali na Diwali ( festiwal, o ktorym chyba juz pisalam a jak nie to opowiem po powrocie)... wlasnie teraz na ulicy obok trwaja proby do parady, ktora rozpoczac ma sie o 19.00. Adam z Magda sledza przygotowania a ja korzystam z okazji dostepnosci komputerka... Parada wystrojonych mlodych hinduskich panien na wydaniu zacznie sie wiczorkiem ale niestety nas juz tu nie bedzie bo o 19 wsiadamy do pociagu ... nocnego jak zwykle :) do Amritsaru... znaczy na polnoc... Jaipur zaskoczyl mnie niekonczacymi sie bazarami i ciaglymi remontami... ( nawet Hawa Mahal cala w rusztowaniach ... dziaisj wywedrowalismy wiec do Amber obejrzec dawna stolice Rajastanu... i tam spedzilismy wiekszosc dnia.. Fort nieco inny niz te odwiedzane do tej pory ale chyba wiekszym przezyciem byla podroz miejskim busem w pierwszym rzedzie zaraz obok kierowcy... oj poruszac sie po tych uliczkach tutaj to nie dalabym rady ( no chyba ze na pieszo) autem poddaje sie!
a na koniec musze doniesc ze jako dodatkowy enterteiment zaliczylismy hinduskie kino typu Bolywood a i tlumacza nie trzeba bylo... Kino od srodka zaskakuje przepychem taki torcik lukrowany... a teraz wracam juz na ulice bo inaczej omina inne slodkie widoki.

czwartek, 1 listopada 2007

szczury...


i zblizenie...

Dzien 14 i 15 Bikaner

i szczury...
Wczoraj dotarlismy na miejsce super pociagiem (Jaisalmer-Bikaner) sleeper ale pierwsza klasa! Polaczenie ruszylo od 15 lipca 2007 i pewnie przez tubylcow jest jeszcze nie rozpoznane... bo procz tumanow pustynnego piachu w wagonie sypialnym (jedynym) bylismy tylko my i jeszcze kilkoro zblakanych hindusow. Pan konduktor tez okazal sie nad wyraz sympatyczny... i kiedy poprosil o bilet a ja w ferworze wyciagnelam, o zgrozo, tylko jego polowke ( druga zostala w kieszeni:) zasmial sie tylko i zapytal dalczego daje mu bilet w dwoch czesciach...
Na stacje Bikaner dotarlismy o ciezko rannej godzinie 5.40 tzn. o czasie tak jak bylo planowane... Nie zaplanowalismy tylko miejsca noclegu i po dlugich poszukiwaniach... dotarlismy do Vino Guest House gdzies na obrzezach miasta... Juz myslalam ze rikszarz ma niecne plany i wywozi nas gdzies na pustynie ale na szczescie dotarlismy do hostelu tylko oczywiscie nie tam gdzie chcielismy. Ostatecznie dobrze sie stalo, bo dostalismy pokoj za polowe ceny proponowanej przez hoteliki w okolicach dworca (zanim zlapalismy riksze zdazylismy juz obskoczyc wszystkie noclegownie w polu naszego wzroku) a poza tym wlasciciele okazali sie bardzo sympatyczni... Pani domu zaprosila na lekcje gotowania a i z miejsca gdzie nocujemy blisko jest na Old City i zaraz za rogiem odjezdza bus do miasteczka Deshnok czyli do Karni Mata Temple gdzie kroluja szczury... a to wlasciwie bylo naszym celem... No to jest dopiero przezycie... tak sie przechadzac pomiedzy tupczacymi wszedzie gryzoniami... widok przyznaje niecodzienny ale wcale sie nie dziwie, ze tyle tam szczurow ( podobno wylowienie wzrokiem bialego przynosi szczescie- niestety mnie sie nie trafilo) i takie spasione, za przeproszeniem, bo pilegrzymki z frykasami ciagna jedna za druga a na dziedzincu stoi wielka misa z mlekiem, wokol ktorej tlocza sie te swiete zwierzatka. Widok rzeczywiscie przerazajacy ale tylko na poczatku ( do wszystkiego mozna sie przyzwyczaic a i trzeba bylo tylko uwazac gdzie sie stawia bosa stope bo wszedzie ich bylo pelno( szczurow znaczy;)) . Dzisiaj kolejna przechadzka po tutejszym forcie i lekcja gotowania a wieczorem ruszamy do Jaipuru, jak zwykle nocnym pociagiem ciekawe tylko z jakimi przezyciami wyladyjemy w stolicy Rajastanu...

poniedziałek, 29 października 2007

Justin i Camele

niestety pustynia zawsze pozostanie pustynia...i ten obrazek trzeba sobie wyobrazic ( zrywa polaczenie): Justyna siedzi na wielbladze, w tle wydmy, tylko piasek na horyzoncie i drobne postacie... slonce swieci jest pieknie... moj wielblad mial na imie Lulu... prawda ze romantycznie!

Dzien 11 i 12 i 13 Jaisalmer

no i z niebieskiego dojechalismy do "zlotego miasta" tak nazywaja tubylcy Jaisalmer... ach te kolory! po prostu bajka...jak do tej pory Indie zaskakuja mnie na kazdym kroku... kolejna odslona to kolejne zauroczenie... wczoraj wlasciciel Haveli poza fortem odslonil przed nami swiat zapachow Indii (nareszcie wiem jak pachnie szafran!) ale caly czas mam nadzieje, ze to najwieksze jeszcze przede mna:)... Zakupy w postaci sari zostawiam sobie na koniec. Mysle, ze Surekha bedzie w tej materii wielce pomocna (jestem z nia w kontakcie, cala jej rodzina czeka na mnie 9 listopada- to podobno nawieksze swieto w Indiach, takie nasze Boze Narodzenie) a tymczasem chlone piekno otaczajacego swiata... oczywiscie nie odmawiajac sobie nadskakiwania hinduskich sklepikarzy... ( sari mialm juz na sobie nie raz a i kurs wiazania przeszlam kilkakrotnie;) ale co mi tam!:) Tutaj, znaczy Jajsalmer, miasto pustynia wiec i z wielbladami racja... ale do miasta dojechalismy autobusem klasy double de lux. Podroz wysmienita ( to nie ten sam blasak co poprzednio) tylko powitanie na dworcu autobusowym przytlaczajace... Tabuny naganiaczy i kazdy jeden krzyczy przez drugiego, ze jego hotel najlepszy, ze transport do hotelu za free... wyrywaja ci plecak, obskakuja ze wszystkich stron normalnie masakra!!! Taki szal, ze policja reagowala. My za to z opresji wyszlismy zwycieska reka. Zaladowalismy sie do rikszy, ktora sprytnie podjechala w nasza okolice i po przejechaniu kilkunastu metrow zerknelismy, juz na spokojnie, do przewodnika i wybralismy male "conieco". Hotel o nazwie Fort View z widokiem na caly fort... restauracja na tarasie... pokoj przestronny z klimatyzacja ( ta chyba mi nie sluzy bo jestem pociagajaca). Wlasciciel zatrzegl, ze nie bedzie nas namawial na safari, a tym bardziej nie wyrzuci z pokoju jak powiemy nie (podobno takie rzeczy sie zdarzaja). Przyznaje, ze spanie poza fortem to takze wybor etyczny... ( zawod architekta zobowiazuje;)) Romantycznie jest spac w starym forcie na pustyni... tyle, ze do zlotego miasta wtlaczane sa hektolitry wody (miedzy innymi do obslugi turystow) co nie sluzy zabytkowi... podobno niedawno jeden z bastionow legl w gruzach... jak tak dalej pojdzie dlugo on nie postoi a ja do tego reki nie chce przykladac... Prawie trzy dni w Jasalmerze a ja czuje sie juz jak u siebie... dni wypelnia podziwianie kolejnych palacow i swiatyn- architektoniczny majstersztyk... no a wczoraj nastapila kwintesencja turystycznej trasy... pobyt w Jasalmerze dopelnila wyprawa jeepem na safari polaczona ze zwiedzaniem swiatyn, cmentarzy macharadzy( wszedzie oczywiscie oplata extra za wstep o czym dowiaduje sie czlowiek na miejscu), wiaski Kanoi na srodku pustyni ze stadem dzieciarni oblapiajacej ze wszystkich stron wiec strach nawet aparat wyciagnac a na koniec przejazdzka na wielbladzie;) Rzeczywiscie tutaj na wydmach trudno o polaczenie ze swiatem ale tylko to internetowe bo po dotarciu na miejsce powitaly nas tlumy turystow, muzyka, spiewy, dzieciaki serwujace cole lub wode do wyboru do koloru...tak jak u nas na plazy w Sopocie w srodku sezonu a wszyscy w oczekiwaniu na zachod slonca... poza tym fatalnym towarzystwem, gdzies na uboczu bardzo romantyczny moze byc taki zachod slonca...
Ostatni dzien w Jasalmerze spedzam na odkrywaniu uliczek nie okupionych jeszcze przez turystow... sama... bo wczorajsza wizyta w jednej z restauracji ( jeszcze nie doszlismy ktora???) odbila sie szerokim echem dzisiejszej nocy... Towarzysze wyprawy nie wyspani wiec teraz regeneruja sily przed podroza w zacisznym hotelowym pokoiku... Ja o dziwo odpieram ataki wszelkich tutejszych bakterii i mikorobow... a juz wieczorem wsiadamy do pociagu i gdzies nad ranem przywitamy Bikaner...
do Dehli narazie nie zamierzamy jechac... no chyba ze przed wylotem:) Przed wyjazdem robilam rozeznanie wiec bylam juz swiadoma co lub kto nas moze spotkac... mialam tylko obawy, ze te tlumy dotra przed nami do Dehli ale jak widac narazie sie mijamy:)

sobota, 27 października 2007

zapomnialam dodac...


ze pierwsze wrazenie z Jodhpuru... to czyste ulice!


Dzien 10 Jodhpur

no z tymi minaretami chyba troche przesadzialm... po spacerze ulicami starego miasta- istny labirynt, stwierdzam, ze co prawda mniej jest tu swiatyn hinduskich i wiecej muzulmanow ale bez przesady...:) pewnie zmylili mnie ci stale wzbudzajacy sie muezini.. a trzeba przyznac, ze jest to mile dla ucha przezycie szczegolnie podczas poobiedniej sjesty na tarasie... z wiadomym widokiem. Dzisiaj z samego ranka ( bo potem upal wpedza nas pod strzechy) postanowilismy wdrapac sie na szczyt i zerknac na Meherangarh z bliska- no przyznaje imponujace... a i na usta cisnie sie: cytuje;) "this audio system is excelent":) koniec cytatu... miasto rzeczywiscie niebiansko niebieskie az oczy bola tylko trudno oprzec sie marokanskim porownaniom... dzisiaj popoludniowym spacerkiem przeszlismy uliczkami pelnymi straganow... no tutaj dopiero trudno oprzec sie hinduskim wlascicielom sklepikow... ale poki co dajemy rade... i na nawolywanie: madam have a look please u do not have to buy:) - niezla sciema swoja droga pozostajemy obojetni... no prawie... dzisiaj mamy jeszcze za soba wyprawe do booking office i bilety z Jasalmeru do Bikaneru w kieszeni a jutro skoro swit (bo o 6 wiec bede juz konczyc) ruszamy na pustynie... niestety busem bo koleje powiedzialy kategoryczne nie!... nawet jesli chodzi o turist quota...

piątek, 26 października 2007

a nasz hostel wyglada tak...



a widok z tarasu mamy taki...


a jeszcze niedawno bylo tak...

Dzien 9 Jodhpur

gdzies z oddali dobiegaja nawolywania z wszechobecnych minaretow to znak (zaraz po kolorze scian budynkow), ze jestesmy juz w "niebieskim miescie" symbolika potem... bo teraz jestem winna male sprostowanie i opis karkolomnej trasy pociagiem... ( wlasnie zezarlo mi calego posta wiec teraz bede sie sterszczala) numerki na liscie oczekujacych byly nad wyraz optymistyzne bo bylo to 2 i 3 i 4 wiec calkiem niezle!!! jednak po podejsciu do kasy nr 1 (obsluguje tylko vipow i turystiow zagranicznych a i jest latwa do odszukania na dworcu bo nigdy nie ma przy niej kolejki) dowiedzielismy sie ze owszem miejsca sa potwierdzone i mamy miejscowke nr 31 oraz 39 i... 39 a wszystkie o dziwo w tym samym wagonie...na nic zdaly sie nasze zapytania, interwencje etc,bo pan oswiadczyl ze tourist quota nie ma i nie bedzie i mozemy jeszcze negocjowac z konduktorem, ktory ma wszystkie listy a znajdziemy go oczywiscie w pociagu , jak bym sama sie tego nie mogla domyslec!?.. sprawdzilismy jeszcze raz ... tak dla pewnosci listy oczekujacych na peronie ( zwykle na 2 h przed odjazdem wywieszaja takowe i kazdy oczekujacy podrozny moze sprawdzic jaka miejscowka zostala mu przydzielona) i ku naszemu zdziwieniu okazalo sie ze lozko z numerem 31 dzielimy z blizej niekoreslonym hindusem.... nie trudno jest sie wiec tez domyslec ze dzisiejsza podroz wymagala od nas wielu wyrzeczen i zachowania zimenj krwi... w pociagu nie bylo znowu tak zle miejscowka na dole od strony korytarza (to dla tych co znaja rozklad pociagu) z kupa dosiadajacych sie hindosow i sasiednia zaraz obok... dobrze ze nie musialam z nimi spac bo ostatecznie dojechalismy w nastepujacej konstelacji Magda i ja na jednym wyrku i Adam ze wspomnianym hindusem, ktory tez nie wydawal sie zadowolony z zaistnialej sytuacji... konduktor powiedzial, ze i tak powinnismy sie cieszyc ze dostalismy te POL miejscowki bo hindus byl wyzej na liscie... a mimo wszsytko trzeba mu przyznac racje, bo dzieki niej( miescowie znaczy) dostarlismy tutaj... rezydujemy w Blue House... - dokladnie na opak opisanym w LP, bo nic a nic sie nie zgadza oprocz adresu i telefonu ( na szczescie in plus) no moze cena troche przytlacza ale w koncu cos nam sie po tej podrozy nalezy !!!

czwartek, 25 października 2007

piekne po prostu piekne






oczywiscie mialam na mysli tlo;)

Dzien 8 Agra

No i jestesmy... dotarlismy tu bez wiekszych problemow o dziwo!!! biorac pod uwage przejscia z managerem w hotelu Zen... oczywiscie swoje na nas zarobil ale trzeba mu przyznac wywiazal sie ze zobowiazan... niedlugo zaczne ufac hindusom... ostatecznie postanowilismy zaryzykowac... przyznaje sie bez bicia - ja z wielkimi oporami - i wzielismy ten nie potwierdzony bilet, wsiedlismy do zapakowanej konserwy... pt bus do Jhansi i punktualnie o 12.30 wyruszylismy w droge..jak sie pozniej okazalo byla to droga przez meke... nikomu nie polecam przejazdzki takim srodkiem lokomocji i to jeszcze po waskich drogach indyjskich, gdzie kazdy pojazd z naprzeciwka jedzie na przyslowiowa czolowke... w srodku oczywiscie dantejskie sceny, wszyscy krzycza na przemian z odglosem klaksonow- aha klakson to podstawowy atrybut kierowcy i trudno nawet powiedziec czy nie wazniejszy od kierownicy... bez tego dzwieku samochod nawet nie rusza a co dopiero mowic o trasie, ktora w sumie trwala ponad 6 godzin... oczywiscie liczac z przerwami na zaladowanie kolejnej tury hindusow... po niezapomnianej przejazdzce na dworcu autobusowym czekal na nas rikszarz... i bez wiekszych sporow po ustalonej cenie na drobne 40 Rp dowiozl nas szczesliwie na dworzec... tutaj rozagralo sie ostateczne starcie - my i koleje indyjskie... ku mojemu zaskoczeniu ale jednoczesnie i wielkiej radosci okazalo sie ze miejsca w pociagu do Agry mamy i pozostaje nam czekac tylko 1,5 h na spozniny pociag... ale po calym dniu spedzonym w podrozy i w niepewnosci co dalej to juz bylo nic... poza tym te drobna chwilke spedzilismy w VIP room w klimatyzowanej poczekalni z lazienka, przysznicem i innymi wygodami, o ktorych typowy turysta second sleepera moze tylko pomarzyc... dziwne bylo tylko to, ze na ten genialny pomysl wpadlismy tylko my bo na peronie siedzialo jeszcze kilku turystow...
i tak po przygpodach dnia poprzedniego, w nocy o godzinie 2 minut 15 dotarlismy do stacji Agra a potem juz myk myk tuk tukiem do hotelu z widokiem na Taj Mahal...
niestety nie dalismy rady wczesniej wiec dopiero o 9 ruszylismy na podboj slawetnej swiatyni... okazuje sie ze i tak bylismy jednymi z pierwszych... bo wychadzac juz po poludniu kolejka przed brama poludniowa byla monstrualna... niestety jak wszystko wyprawa ma tez swoje przykre strony... jedna z nich byla drobna niedyspozycja wszystkich czlonkow- ale chyba najbardziej ucierpiala Magda no i dzisiaj juz podarowala sobie Agra Fort ( tak swoja droga to budowla porownywalna z wspomnianym Taj jak nie lepsza!!!oj chyba sie troche zapedzilam co ja za herezje wypisuje ... oczywiscie rikszarze chcieli nas wyprowadzic w pole a raczej na bazar ale ostatecznie dotarlismy do hotelu i zaraz pedzimy na kolacyjke na tarasie z widokiem na Taj Mahal...w Jhansin kupilismy juz bilety do Jodhpuru... mamy byc tam jutro rano wiec czeka mnie kolejna noc na pryczy z gapiacymi sie dookola hindusami... tak dla scisloci te bilety tez jeszcze nie potwierdzone ale jestesmy jako 234 na liscie oczekujacych wiec chyba nie bedzie problemu...

wtorek, 23 października 2007

kilka obrazkow z podrozy

no tylko jeden niestety bo ... musze pogadac z gosciem

Dzien 7 w tym samym miejscu

No to minal tydzien... swiatynie zaliczone... piken piekne tylko po kolejnej robi sie taki miszmasz ze nawet dla mocno zdesperowanego architekta nie ma juz znaczenia kolejny fresk czy kolumna... fakt architektura wspiela sie tu na wyzyny i pomyslec ze do XIX wieku wszystkie te cudenka pozostawaly w ukryciu... a teraz nastopi walka o zycie czyli wydarcie z gardla hundsow obiecanego biletu... dzisiaj za jakas godzinke ruszamy do Agry przez Jhansi potem Agra chlopaki z hotelu mieli zalatwic bilety i co... sciema jedna wielka wciskaja mi papaier z waiting list... wiec ja im na to ze to nie bilet i pokazuje jak wyglada potwierdzona rezerwacja na co on ze bedzie bedzie do wieczora spoko... co niestety nie bardzo mnie satysfakcjonuje... ide wiec walczyc w najgorszym razie niech mi odwoluja ta swoja rezerwacje a my kupimy bilety w Jhansi... kolo bierze mnie na litosc i mowi ze mu nie ufam ide wiec walczyc... ciekawe czy z tarcza czy na tarczy wyjde z tej opresji...:)

Dzien 6 Khajuraho

No i dotarlismy do nastepnego przystanku... po nocnej przejazdzce second sleeperem... pociag nieco sie spoznil ale to nic bo dojechal o dziwo o czasie do Satny - tak jak zapowiedziala magiczna ksiega pociagow SATNA 6.15 - normalnie jestem w szoku!!! jeszcze wiekszy byl wtedy kiedy po wejsciu do wagonu okazalo sie ze wszystkie nasze 3 miejscowy sa zajete i indianie spia w najlepsze... trzeba byc bardzo stanowczym (delikatnie mowiac) bo dopiero na kolejne wezwania panowe grzeczne spakowali swoje walizy i ruszyli do wyjscia... Ci Indianie to jednak zdyscyplinowany narod jest! czego nie mozna bylo powiedziec po tlumie koczujacym na stacji w Varanasi... senna atmosfera wszyscy leza pokotem na posadzce w holu glownym scisk taki, ze stopy nie ma gdzie postawic tylko turysci nerwowo przebiegaja tam i z porotem w oczekiwaniu, jak sie pozniej okazalo, na nasz spozniony pociag... my za to zimna krew... chyba wygladam na stara wyjadaczke bo zaczepil mnie nerwowy juz nieco australijczyk z zapytaniem czy ja cos wiem i czy tez tam jade??? ... ostatecznie wspolnie dotarlismy do celu...
Miasto spokojne ... taka wieksza wiocha po poprzedniej metropolii- drobne 4 tysiace mieszkancow i gdyby nie swiatynie co to ich nazw spamietac nie sposob i rzezby kamasutry...to bylo by tu smuno...( o tym mam nadzieje jutro) za to podroz tutaj z przygodami: najpierw wspomniany szok na stacjach i pociagu... potem cisza i spokoj w biurze turystycznym. w Satnie (ale nawet wg przewodnika nie nalezlo oczekiwac ze kogos tam spotkamy:) wiec rychlo zebralismy sily i ruszylismy autoriksza tzw. tuktuk do stacji gdzie za moment odjezdzac mial nasz nastepny srodek transportu... ulicami miasta zrobilismy maly wyscig ze wspomnianym australiczykiem i jego skosnokim kompanem i wparowalismy tuz przed odjazdem busa... Szefu autobusu nie dal nam duzego wyboru mowiac ze zostaly ostatnie 3 miejsca: pierwsze, drugi i trzcie... czasu nie mielismy zbyt duzo wiec szybka decyzja i juz siedzielismy na swiezo naszykowanych miejscach- kierownik wycieczki wywalil cala rodzinke hindusow i posadzil tam nas...oczywiscie z miejscami ostatnimi wielka sciema bo zaraz za nami wladowal sie australijczyk i jeszcze kilku turystow... a potem...hmm wolne miejsce w autobusie wypelnili wszyscy pozostali, oczywiscie ci co zdolali sie dostac do srodka... awantura byla nieziemska... a wszystko za nasza sprawa... Bus ruszyl powiedzmy punktualnie- kolejny szok... mial oczywiscie kilka przystankow... najpierw droge zajechal nam radiowoz- juz myslelismy ze beda nas sprawdzac... pacyfikacja czy co?! a tu policjant wprowadzil kolejna zblakana owieczke- chyba corka albo rodzina jakas bo zaraz znalazlo sie i dla niej miejsce a kierownik tylko tlumaczyl cos pokazujac na nas...i jak bylo widac gesto sie tlumaczyl... potem jeszcze kilka przystankow przy przydroznych swiatyniach, blogoslawienstwo bramina i podzial kokosa pomiedzy pasazerow... no i na koniec ostatni odcinek podrozy rownie zaladowanym jeepem... bo bus wyrzucil nas 11km od miejsca przeznaczenia ( ale super service... zoragnizowl auto... tyle tylko ze znow pasazerowie wisieli na drzwiach i to doslownie!!!)
obrazkow z podrozy nie mam za wiele bo ciezko bylo nawet do plecaka siegnac ale mam nadzieje ze wystarczajaco obrazowy jest opis no i nie ukrywam licze na wyobraznie czytelnika...
a teraz juz ciemno... jestesmy po spacerku po okolicy wraz z przewodnikami, ktorych odwiedzilismy w domu... swoja droga ciekawie zobaczyc jak oni tu sobie mieszkaja..bardzo sympatyczne popludnie (i wiem wiem uwazam i nikomu nie ufam...) nawet nas na koniec nie nagabywali za mocno bo jak sie potem okazalo rodzinka ma w parterze sklep z precjozami i chetnie pokarza nam kilka drobiazgow...ale my jak te skaly... a i jeszcze pokazy tancow ludowych w tutejszym domu kultury- taka cepelia... ale o tym potem bom sie rozpisala...

poniedziałek, 22 października 2007

Dzien 4 i 5 Varanasi

... Nastapila mala przerwa a to za sprawa Durga Puja Festival... To sie nazywa miec wyczucie. Trafilismy w samo epicentrum swieta, co to raz do roku sie tu odbywa, zwykle w pazdzierniku... tym razem wypadlo na 20 i 21:) - my, bo podrozujemy poki co we trojke... Slina grupa juz w Dehli nieco sie uszczuplila i do Varanasi dotarlismy: Magda, Adam i ja... Rzeczywiscie maly ten swiat! (Spoko Ola juz sie na grupe Narty 2008 wpisalam:)) tym bardziej ze nasz hostel mozna ochrzcic Polish Yogi Lodgi... bo dzisiaj na tarasie z rana...chlopaki z Krakowa, co to z Chin i po drodze z Nepalu sie tu dowlekli, grupa z Zielonej Gory, co juz w Agrze byla i kilka cennych wskazowek przekazala. Pewnie jeszcze sie z nimi spotkamy bo ruszaja naszym sladem do Khajuraho... ( jutro, bo na dzisiaj biletow braklo ponoc) My ruszamy juz dzisiaj... juz za momencik.. znaczy kole 23 tutejszego czasu... wiec trzeba sie streszczac bo pociag nie bedzie czekal... chyba ze sie spozni... ale niczego tu nie mozna byc pewnym. Musze przyznac, ze przez te dwa dni dzialo sie tyle, ze trudno uwierzyc, ze to w 2 dni pomiescilam... ale przejazd lodka po Gangesie o wschodzie slonca zaliczony... (z wiekim poswieceniem bo wstac trzeba bylo o 5 rano... uf uf a wiecie z jakim trudem przychodzi mi poranne wstawanie...) switynia Shiwy no i pobliski park w Saranath gdzie ponoc i Buddha bywal:). Niestety obrazkow z wystawy pt.: Durgia Festival nie bedzie bo cos komp tu slaby( postaram sie poprawic nastepnym razem)... ale moze mala errata odnosnie dnia wylotu - dzieki Kristine za newsy... prosze to i mojego glosu nie trzeba bylo...( niestety errata tez niepowodzenie)

sobota, 20 października 2007

Dr Rajendraprasad Ghat

Dzien 3 Varanasi

Pociag punktualnie, jak na te warunki, zatrzymal sie na stacji Varanasi... (no z 10 minutowym opoznieniem...) Podroz pociagiem second sleeper (wyrko na gorze) tez ok... hmmm nie rozni sie wiele o naszych kuszetek...wyjatek stanowia panowie w specjalnych kombinezonach roznoszacy jakies smazone frykasy i krzyczacy "kofi, kofi, kofi, czaj"- dokladnie tak jak relacjonowal Guru Pawel B. .Chyba juz przywykam do tutejszych warunkow, bo szoku nie ma. Rezydencja o wdziecznej nazwie Yogi Lodgi jest first class jak na tutejsze klimaty... apropos klimatu dzisiaj bylo nieziemsko goraco... szacuje, ze jakies 3o pare stopni... Dzionek uplynal pod haslem zwiedzamy fabryki jedwabiu...potem zarelko na tarasie z Masala chaj- pycha... (przypominaja mi sie stare dobre czasy z Surekha:)) no i obowiazkowo spacerek nad Gangesem zwienczony ceremonia pogrzebowa nie liczac oczywiscie wizyty w internet cafe... Ciekawe swoja droga jak czesto bede miala szanse tu zagladac?...
a teraz proba zaladowania fotki...

piątek, 19 października 2007

i jeszcze jedno wrazenie

Dzien 2 Dehli


... jeszcze, bo juz za chwile ruszamy do Varanasi. Czeka nas jeszcze podroz, jakies drobne 700 km pociagiem drugiej klasy tzw. second sleeper. Miejscowka zakupiona wedle wskazowek ;) uper, inside, wiec chyba niezle...bedzie.
Wlasnie, ale to dopiero bedzie a za soba mam juz pierwsze wrazenia z Dehli... Red Fort i bazary... to jest dopiero dzicz!... a no i zapomnnialabym dodac, ze czuje sie jak atrakcja rowna znamienitej gigantycznej cytadeli, z ktora kazda rodzinka chce sobie zrobic fotke:)... no ale ilez mozna!
Dodatek kulinarny: na sniadanko - herbatka indyjska (receptura w chwili pozniejszej, bo zaraz na dworzec pedzimy... chociaz i tak pociag nie bedzie punktualnie... jak znam tutejsze zwyczaje...) a potem tandoori z tandori roti... i cos tam jeszcze ... ale z nazwami jestem jeszcze na bakier chociaz i tak sie poprawilam...:) Teraz kilka wrazen w obrazku... tradycyjnie juz...

czwartek, 18 października 2007

Obiadek i spacerek Dehli





























Parikrama restaurant a w menu: vegetable hot-pot!

Dzien 1 Dehli



No i wyladawalam... w zasadzie bez przeszkod... kilka minut pozniej ale to pdobno nic w porownaniu z tutejsza koleja (jutro sprawdze;) - pociag nr 2562 relacji New Dehli-Varanasi JN). Co wiecej, ku mojemu zaskoczeniu na lotnisku czekal pan z karteczka z moim nazwiskiem ( a to nie bylo juz takie pewne - nie wyslalam im kolejnego potwierdzenia o czym dowiedzialam sie w samolocie czytajac dokladnie wydrukowanego maila od nich;))... Transport do hotelu ok. ale osobiscie nie polecam noclegu, Hotel Namaskar- pozostawia wiele do zyczenia a ja juz naprawde nie jestem wymagajaca... i wiem wiem nikomu nie ufam i mile sie rozczarowuje - poki co:)
W zwiazku z tym pierwsze wrazenie nie jest zle. Naprawde! a zdaje sie, ze potem moze byc juz tylko lepiej...
Dzisiaj byl, bo juz sie chyli ku koncowi, lazy day, obiad na 24 pietrze restauracji z widokiem na zmienna (ruchoma podloga) panorame Dehli, (ale bez ekstrawagancji - jadlodajnie poleca moj najlepszy na teraz przyjaciel Lonely Planet 11-th edition( wlasnie dzisiaj widzialam kolejne wydanie z wrzesnia 2007 - rychlo w czas!), przechadzki po ulicach miasta... zreszta sami popatrzcie, a ja tymczasem udaje sie na taras nowego juz hotelu: Asian Guest Hous- wrazenia jutro albo w niedlugim czasie... tego nie moge obiecac...

wtorek, 16 października 2007

FINNAIR - lot AY 738... no to pedze na lotnisko:)

Komu w droge....

temu...