poniedziałek, 29 października 2007

Justin i Camele

niestety pustynia zawsze pozostanie pustynia...i ten obrazek trzeba sobie wyobrazic ( zrywa polaczenie): Justyna siedzi na wielbladze, w tle wydmy, tylko piasek na horyzoncie i drobne postacie... slonce swieci jest pieknie... moj wielblad mial na imie Lulu... prawda ze romantycznie!

Dzien 11 i 12 i 13 Jaisalmer

no i z niebieskiego dojechalismy do "zlotego miasta" tak nazywaja tubylcy Jaisalmer... ach te kolory! po prostu bajka...jak do tej pory Indie zaskakuja mnie na kazdym kroku... kolejna odslona to kolejne zauroczenie... wczoraj wlasciciel Haveli poza fortem odslonil przed nami swiat zapachow Indii (nareszcie wiem jak pachnie szafran!) ale caly czas mam nadzieje, ze to najwieksze jeszcze przede mna:)... Zakupy w postaci sari zostawiam sobie na koniec. Mysle, ze Surekha bedzie w tej materii wielce pomocna (jestem z nia w kontakcie, cala jej rodzina czeka na mnie 9 listopada- to podobno nawieksze swieto w Indiach, takie nasze Boze Narodzenie) a tymczasem chlone piekno otaczajacego swiata... oczywiscie nie odmawiajac sobie nadskakiwania hinduskich sklepikarzy... ( sari mialm juz na sobie nie raz a i kurs wiazania przeszlam kilkakrotnie;) ale co mi tam!:) Tutaj, znaczy Jajsalmer, miasto pustynia wiec i z wielbladami racja... ale do miasta dojechalismy autobusem klasy double de lux. Podroz wysmienita ( to nie ten sam blasak co poprzednio) tylko powitanie na dworcu autobusowym przytlaczajace... Tabuny naganiaczy i kazdy jeden krzyczy przez drugiego, ze jego hotel najlepszy, ze transport do hotelu za free... wyrywaja ci plecak, obskakuja ze wszystkich stron normalnie masakra!!! Taki szal, ze policja reagowala. My za to z opresji wyszlismy zwycieska reka. Zaladowalismy sie do rikszy, ktora sprytnie podjechala w nasza okolice i po przejechaniu kilkunastu metrow zerknelismy, juz na spokojnie, do przewodnika i wybralismy male "conieco". Hotel o nazwie Fort View z widokiem na caly fort... restauracja na tarasie... pokoj przestronny z klimatyzacja ( ta chyba mi nie sluzy bo jestem pociagajaca). Wlasciciel zatrzegl, ze nie bedzie nas namawial na safari, a tym bardziej nie wyrzuci z pokoju jak powiemy nie (podobno takie rzeczy sie zdarzaja). Przyznaje, ze spanie poza fortem to takze wybor etyczny... ( zawod architekta zobowiazuje;)) Romantycznie jest spac w starym forcie na pustyni... tyle, ze do zlotego miasta wtlaczane sa hektolitry wody (miedzy innymi do obslugi turystow) co nie sluzy zabytkowi... podobno niedawno jeden z bastionow legl w gruzach... jak tak dalej pojdzie dlugo on nie postoi a ja do tego reki nie chce przykladac... Prawie trzy dni w Jasalmerze a ja czuje sie juz jak u siebie... dni wypelnia podziwianie kolejnych palacow i swiatyn- architektoniczny majstersztyk... no a wczoraj nastapila kwintesencja turystycznej trasy... pobyt w Jasalmerze dopelnila wyprawa jeepem na safari polaczona ze zwiedzaniem swiatyn, cmentarzy macharadzy( wszedzie oczywiscie oplata extra za wstep o czym dowiaduje sie czlowiek na miejscu), wiaski Kanoi na srodku pustyni ze stadem dzieciarni oblapiajacej ze wszystkich stron wiec strach nawet aparat wyciagnac a na koniec przejazdzka na wielbladzie;) Rzeczywiscie tutaj na wydmach trudno o polaczenie ze swiatem ale tylko to internetowe bo po dotarciu na miejsce powitaly nas tlumy turystow, muzyka, spiewy, dzieciaki serwujace cole lub wode do wyboru do koloru...tak jak u nas na plazy w Sopocie w srodku sezonu a wszyscy w oczekiwaniu na zachod slonca... poza tym fatalnym towarzystwem, gdzies na uboczu bardzo romantyczny moze byc taki zachod slonca...
Ostatni dzien w Jasalmerze spedzam na odkrywaniu uliczek nie okupionych jeszcze przez turystow... sama... bo wczorajsza wizyta w jednej z restauracji ( jeszcze nie doszlismy ktora???) odbila sie szerokim echem dzisiejszej nocy... Towarzysze wyprawy nie wyspani wiec teraz regeneruja sily przed podroza w zacisznym hotelowym pokoiku... Ja o dziwo odpieram ataki wszelkich tutejszych bakterii i mikorobow... a juz wieczorem wsiadamy do pociagu i gdzies nad ranem przywitamy Bikaner...
do Dehli narazie nie zamierzamy jechac... no chyba ze przed wylotem:) Przed wyjazdem robilam rozeznanie wiec bylam juz swiadoma co lub kto nas moze spotkac... mialam tylko obawy, ze te tlumy dotra przed nami do Dehli ale jak widac narazie sie mijamy:)

sobota, 27 października 2007

zapomnialam dodac...


ze pierwsze wrazenie z Jodhpuru... to czyste ulice!


Dzien 10 Jodhpur

no z tymi minaretami chyba troche przesadzialm... po spacerze ulicami starego miasta- istny labirynt, stwierdzam, ze co prawda mniej jest tu swiatyn hinduskich i wiecej muzulmanow ale bez przesady...:) pewnie zmylili mnie ci stale wzbudzajacy sie muezini.. a trzeba przyznac, ze jest to mile dla ucha przezycie szczegolnie podczas poobiedniej sjesty na tarasie... z wiadomym widokiem. Dzisiaj z samego ranka ( bo potem upal wpedza nas pod strzechy) postanowilismy wdrapac sie na szczyt i zerknac na Meherangarh z bliska- no przyznaje imponujace... a i na usta cisnie sie: cytuje;) "this audio system is excelent":) koniec cytatu... miasto rzeczywiscie niebiansko niebieskie az oczy bola tylko trudno oprzec sie marokanskim porownaniom... dzisiaj popoludniowym spacerkiem przeszlismy uliczkami pelnymi straganow... no tutaj dopiero trudno oprzec sie hinduskim wlascicielom sklepikow... ale poki co dajemy rade... i na nawolywanie: madam have a look please u do not have to buy:) - niezla sciema swoja droga pozostajemy obojetni... no prawie... dzisiaj mamy jeszcze za soba wyprawe do booking office i bilety z Jasalmeru do Bikaneru w kieszeni a jutro skoro swit (bo o 6 wiec bede juz konczyc) ruszamy na pustynie... niestety busem bo koleje powiedzialy kategoryczne nie!... nawet jesli chodzi o turist quota...

piątek, 26 października 2007

a nasz hostel wyglada tak...



a widok z tarasu mamy taki...


a jeszcze niedawno bylo tak...

Dzien 9 Jodhpur

gdzies z oddali dobiegaja nawolywania z wszechobecnych minaretow to znak (zaraz po kolorze scian budynkow), ze jestesmy juz w "niebieskim miescie" symbolika potem... bo teraz jestem winna male sprostowanie i opis karkolomnej trasy pociagiem... ( wlasnie zezarlo mi calego posta wiec teraz bede sie sterszczala) numerki na liscie oczekujacych byly nad wyraz optymistyzne bo bylo to 2 i 3 i 4 wiec calkiem niezle!!! jednak po podejsciu do kasy nr 1 (obsluguje tylko vipow i turystiow zagranicznych a i jest latwa do odszukania na dworcu bo nigdy nie ma przy niej kolejki) dowiedzielismy sie ze owszem miejsca sa potwierdzone i mamy miejscowke nr 31 oraz 39 i... 39 a wszystkie o dziwo w tym samym wagonie...na nic zdaly sie nasze zapytania, interwencje etc,bo pan oswiadczyl ze tourist quota nie ma i nie bedzie i mozemy jeszcze negocjowac z konduktorem, ktory ma wszystkie listy a znajdziemy go oczywiscie w pociagu , jak bym sama sie tego nie mogla domyslec!?.. sprawdzilismy jeszcze raz ... tak dla pewnosci listy oczekujacych na peronie ( zwykle na 2 h przed odjazdem wywieszaja takowe i kazdy oczekujacy podrozny moze sprawdzic jaka miejscowka zostala mu przydzielona) i ku naszemu zdziwieniu okazalo sie ze lozko z numerem 31 dzielimy z blizej niekoreslonym hindusem.... nie trudno jest sie wiec tez domyslec ze dzisiejsza podroz wymagala od nas wielu wyrzeczen i zachowania zimenj krwi... w pociagu nie bylo znowu tak zle miejscowka na dole od strony korytarza (to dla tych co znaja rozklad pociagu) z kupa dosiadajacych sie hindosow i sasiednia zaraz obok... dobrze ze nie musialam z nimi spac bo ostatecznie dojechalismy w nastepujacej konstelacji Magda i ja na jednym wyrku i Adam ze wspomnianym hindusem, ktory tez nie wydawal sie zadowolony z zaistnialej sytuacji... konduktor powiedzial, ze i tak powinnismy sie cieszyc ze dostalismy te POL miejscowki bo hindus byl wyzej na liscie... a mimo wszsytko trzeba mu przyznac racje, bo dzieki niej( miescowie znaczy) dostarlismy tutaj... rezydujemy w Blue House... - dokladnie na opak opisanym w LP, bo nic a nic sie nie zgadza oprocz adresu i telefonu ( na szczescie in plus) no moze cena troche przytlacza ale w koncu cos nam sie po tej podrozy nalezy !!!

czwartek, 25 października 2007

piekne po prostu piekne






oczywiscie mialam na mysli tlo;)

Dzien 8 Agra

No i jestesmy... dotarlismy tu bez wiekszych problemow o dziwo!!! biorac pod uwage przejscia z managerem w hotelu Zen... oczywiscie swoje na nas zarobil ale trzeba mu przyznac wywiazal sie ze zobowiazan... niedlugo zaczne ufac hindusom... ostatecznie postanowilismy zaryzykowac... przyznaje sie bez bicia - ja z wielkimi oporami - i wzielismy ten nie potwierdzony bilet, wsiedlismy do zapakowanej konserwy... pt bus do Jhansi i punktualnie o 12.30 wyruszylismy w droge..jak sie pozniej okazalo byla to droga przez meke... nikomu nie polecam przejazdzki takim srodkiem lokomocji i to jeszcze po waskich drogach indyjskich, gdzie kazdy pojazd z naprzeciwka jedzie na przyslowiowa czolowke... w srodku oczywiscie dantejskie sceny, wszyscy krzycza na przemian z odglosem klaksonow- aha klakson to podstawowy atrybut kierowcy i trudno nawet powiedziec czy nie wazniejszy od kierownicy... bez tego dzwieku samochod nawet nie rusza a co dopiero mowic o trasie, ktora w sumie trwala ponad 6 godzin... oczywiscie liczac z przerwami na zaladowanie kolejnej tury hindusow... po niezapomnianej przejazdzce na dworcu autobusowym czekal na nas rikszarz... i bez wiekszych sporow po ustalonej cenie na drobne 40 Rp dowiozl nas szczesliwie na dworzec... tutaj rozagralo sie ostateczne starcie - my i koleje indyjskie... ku mojemu zaskoczeniu ale jednoczesnie i wielkiej radosci okazalo sie ze miejsca w pociagu do Agry mamy i pozostaje nam czekac tylko 1,5 h na spozniny pociag... ale po calym dniu spedzonym w podrozy i w niepewnosci co dalej to juz bylo nic... poza tym te drobna chwilke spedzilismy w VIP room w klimatyzowanej poczekalni z lazienka, przysznicem i innymi wygodami, o ktorych typowy turysta second sleepera moze tylko pomarzyc... dziwne bylo tylko to, ze na ten genialny pomysl wpadlismy tylko my bo na peronie siedzialo jeszcze kilku turystow...
i tak po przygpodach dnia poprzedniego, w nocy o godzinie 2 minut 15 dotarlismy do stacji Agra a potem juz myk myk tuk tukiem do hotelu z widokiem na Taj Mahal...
niestety nie dalismy rady wczesniej wiec dopiero o 9 ruszylismy na podboj slawetnej swiatyni... okazuje sie ze i tak bylismy jednymi z pierwszych... bo wychadzac juz po poludniu kolejka przed brama poludniowa byla monstrualna... niestety jak wszystko wyprawa ma tez swoje przykre strony... jedna z nich byla drobna niedyspozycja wszystkich czlonkow- ale chyba najbardziej ucierpiala Magda no i dzisiaj juz podarowala sobie Agra Fort ( tak swoja droga to budowla porownywalna z wspomnianym Taj jak nie lepsza!!!oj chyba sie troche zapedzilam co ja za herezje wypisuje ... oczywiscie rikszarze chcieli nas wyprowadzic w pole a raczej na bazar ale ostatecznie dotarlismy do hotelu i zaraz pedzimy na kolacyjke na tarasie z widokiem na Taj Mahal...w Jhansin kupilismy juz bilety do Jodhpuru... mamy byc tam jutro rano wiec czeka mnie kolejna noc na pryczy z gapiacymi sie dookola hindusami... tak dla scisloci te bilety tez jeszcze nie potwierdzone ale jestesmy jako 234 na liscie oczekujacych wiec chyba nie bedzie problemu...

wtorek, 23 października 2007

kilka obrazkow z podrozy

no tylko jeden niestety bo ... musze pogadac z gosciem

Dzien 7 w tym samym miejscu

No to minal tydzien... swiatynie zaliczone... piken piekne tylko po kolejnej robi sie taki miszmasz ze nawet dla mocno zdesperowanego architekta nie ma juz znaczenia kolejny fresk czy kolumna... fakt architektura wspiela sie tu na wyzyny i pomyslec ze do XIX wieku wszystkie te cudenka pozostawaly w ukryciu... a teraz nastopi walka o zycie czyli wydarcie z gardla hundsow obiecanego biletu... dzisiaj za jakas godzinke ruszamy do Agry przez Jhansi potem Agra chlopaki z hotelu mieli zalatwic bilety i co... sciema jedna wielka wciskaja mi papaier z waiting list... wiec ja im na to ze to nie bilet i pokazuje jak wyglada potwierdzona rezerwacja na co on ze bedzie bedzie do wieczora spoko... co niestety nie bardzo mnie satysfakcjonuje... ide wiec walczyc w najgorszym razie niech mi odwoluja ta swoja rezerwacje a my kupimy bilety w Jhansi... kolo bierze mnie na litosc i mowi ze mu nie ufam ide wiec walczyc... ciekawe czy z tarcza czy na tarczy wyjde z tej opresji...:)

Dzien 6 Khajuraho

No i dotarlismy do nastepnego przystanku... po nocnej przejazdzce second sleeperem... pociag nieco sie spoznil ale to nic bo dojechal o dziwo o czasie do Satny - tak jak zapowiedziala magiczna ksiega pociagow SATNA 6.15 - normalnie jestem w szoku!!! jeszcze wiekszy byl wtedy kiedy po wejsciu do wagonu okazalo sie ze wszystkie nasze 3 miejscowy sa zajete i indianie spia w najlepsze... trzeba byc bardzo stanowczym (delikatnie mowiac) bo dopiero na kolejne wezwania panowe grzeczne spakowali swoje walizy i ruszyli do wyjscia... Ci Indianie to jednak zdyscyplinowany narod jest! czego nie mozna bylo powiedziec po tlumie koczujacym na stacji w Varanasi... senna atmosfera wszyscy leza pokotem na posadzce w holu glownym scisk taki, ze stopy nie ma gdzie postawic tylko turysci nerwowo przebiegaja tam i z porotem w oczekiwaniu, jak sie pozniej okazalo, na nasz spozniony pociag... my za to zimna krew... chyba wygladam na stara wyjadaczke bo zaczepil mnie nerwowy juz nieco australijczyk z zapytaniem czy ja cos wiem i czy tez tam jade??? ... ostatecznie wspolnie dotarlismy do celu...
Miasto spokojne ... taka wieksza wiocha po poprzedniej metropolii- drobne 4 tysiace mieszkancow i gdyby nie swiatynie co to ich nazw spamietac nie sposob i rzezby kamasutry...to bylo by tu smuno...( o tym mam nadzieje jutro) za to podroz tutaj z przygodami: najpierw wspomniany szok na stacjach i pociagu... potem cisza i spokoj w biurze turystycznym. w Satnie (ale nawet wg przewodnika nie nalezlo oczekiwac ze kogos tam spotkamy:) wiec rychlo zebralismy sily i ruszylismy autoriksza tzw. tuktuk do stacji gdzie za moment odjezdzac mial nasz nastepny srodek transportu... ulicami miasta zrobilismy maly wyscig ze wspomnianym australiczykiem i jego skosnokim kompanem i wparowalismy tuz przed odjazdem busa... Szefu autobusu nie dal nam duzego wyboru mowiac ze zostaly ostatnie 3 miejsca: pierwsze, drugi i trzcie... czasu nie mielismy zbyt duzo wiec szybka decyzja i juz siedzielismy na swiezo naszykowanych miejscach- kierownik wycieczki wywalil cala rodzinke hindusow i posadzil tam nas...oczywiscie z miejscami ostatnimi wielka sciema bo zaraz za nami wladowal sie australijczyk i jeszcze kilku turystow... a potem...hmm wolne miejsce w autobusie wypelnili wszyscy pozostali, oczywiscie ci co zdolali sie dostac do srodka... awantura byla nieziemska... a wszystko za nasza sprawa... Bus ruszyl powiedzmy punktualnie- kolejny szok... mial oczywiscie kilka przystankow... najpierw droge zajechal nam radiowoz- juz myslelismy ze beda nas sprawdzac... pacyfikacja czy co?! a tu policjant wprowadzil kolejna zblakana owieczke- chyba corka albo rodzina jakas bo zaraz znalazlo sie i dla niej miejsce a kierownik tylko tlumaczyl cos pokazujac na nas...i jak bylo widac gesto sie tlumaczyl... potem jeszcze kilka przystankow przy przydroznych swiatyniach, blogoslawienstwo bramina i podzial kokosa pomiedzy pasazerow... no i na koniec ostatni odcinek podrozy rownie zaladowanym jeepem... bo bus wyrzucil nas 11km od miejsca przeznaczenia ( ale super service... zoragnizowl auto... tyle tylko ze znow pasazerowie wisieli na drzwiach i to doslownie!!!)
obrazkow z podrozy nie mam za wiele bo ciezko bylo nawet do plecaka siegnac ale mam nadzieje ze wystarczajaco obrazowy jest opis no i nie ukrywam licze na wyobraznie czytelnika...
a teraz juz ciemno... jestesmy po spacerku po okolicy wraz z przewodnikami, ktorych odwiedzilismy w domu... swoja droga ciekawie zobaczyc jak oni tu sobie mieszkaja..bardzo sympatyczne popludnie (i wiem wiem uwazam i nikomu nie ufam...) nawet nas na koniec nie nagabywali za mocno bo jak sie potem okazalo rodzinka ma w parterze sklep z precjozami i chetnie pokarza nam kilka drobiazgow...ale my jak te skaly... a i jeszcze pokazy tancow ludowych w tutejszym domu kultury- taka cepelia... ale o tym potem bom sie rozpisala...

poniedziałek, 22 października 2007

Dzien 4 i 5 Varanasi

... Nastapila mala przerwa a to za sprawa Durga Puja Festival... To sie nazywa miec wyczucie. Trafilismy w samo epicentrum swieta, co to raz do roku sie tu odbywa, zwykle w pazdzierniku... tym razem wypadlo na 20 i 21:) - my, bo podrozujemy poki co we trojke... Slina grupa juz w Dehli nieco sie uszczuplila i do Varanasi dotarlismy: Magda, Adam i ja... Rzeczywiscie maly ten swiat! (Spoko Ola juz sie na grupe Narty 2008 wpisalam:)) tym bardziej ze nasz hostel mozna ochrzcic Polish Yogi Lodgi... bo dzisiaj na tarasie z rana...chlopaki z Krakowa, co to z Chin i po drodze z Nepalu sie tu dowlekli, grupa z Zielonej Gory, co juz w Agrze byla i kilka cennych wskazowek przekazala. Pewnie jeszcze sie z nimi spotkamy bo ruszaja naszym sladem do Khajuraho... ( jutro, bo na dzisiaj biletow braklo ponoc) My ruszamy juz dzisiaj... juz za momencik.. znaczy kole 23 tutejszego czasu... wiec trzeba sie streszczac bo pociag nie bedzie czekal... chyba ze sie spozni... ale niczego tu nie mozna byc pewnym. Musze przyznac, ze przez te dwa dni dzialo sie tyle, ze trudno uwierzyc, ze to w 2 dni pomiescilam... ale przejazd lodka po Gangesie o wschodzie slonca zaliczony... (z wiekim poswieceniem bo wstac trzeba bylo o 5 rano... uf uf a wiecie z jakim trudem przychodzi mi poranne wstawanie...) switynia Shiwy no i pobliski park w Saranath gdzie ponoc i Buddha bywal:). Niestety obrazkow z wystawy pt.: Durgia Festival nie bedzie bo cos komp tu slaby( postaram sie poprawic nastepnym razem)... ale moze mala errata odnosnie dnia wylotu - dzieki Kristine za newsy... prosze to i mojego glosu nie trzeba bylo...( niestety errata tez niepowodzenie)

sobota, 20 października 2007

Dr Rajendraprasad Ghat

Dzien 3 Varanasi

Pociag punktualnie, jak na te warunki, zatrzymal sie na stacji Varanasi... (no z 10 minutowym opoznieniem...) Podroz pociagiem second sleeper (wyrko na gorze) tez ok... hmmm nie rozni sie wiele o naszych kuszetek...wyjatek stanowia panowie w specjalnych kombinezonach roznoszacy jakies smazone frykasy i krzyczacy "kofi, kofi, kofi, czaj"- dokladnie tak jak relacjonowal Guru Pawel B. .Chyba juz przywykam do tutejszych warunkow, bo szoku nie ma. Rezydencja o wdziecznej nazwie Yogi Lodgi jest first class jak na tutejsze klimaty... apropos klimatu dzisiaj bylo nieziemsko goraco... szacuje, ze jakies 3o pare stopni... Dzionek uplynal pod haslem zwiedzamy fabryki jedwabiu...potem zarelko na tarasie z Masala chaj- pycha... (przypominaja mi sie stare dobre czasy z Surekha:)) no i obowiazkowo spacerek nad Gangesem zwienczony ceremonia pogrzebowa nie liczac oczywiscie wizyty w internet cafe... Ciekawe swoja droga jak czesto bede miala szanse tu zagladac?...
a teraz proba zaladowania fotki...

piątek, 19 października 2007

i jeszcze jedno wrazenie

Dzien 2 Dehli


... jeszcze, bo juz za chwile ruszamy do Varanasi. Czeka nas jeszcze podroz, jakies drobne 700 km pociagiem drugiej klasy tzw. second sleeper. Miejscowka zakupiona wedle wskazowek ;) uper, inside, wiec chyba niezle...bedzie.
Wlasnie, ale to dopiero bedzie a za soba mam juz pierwsze wrazenia z Dehli... Red Fort i bazary... to jest dopiero dzicz!... a no i zapomnnialabym dodac, ze czuje sie jak atrakcja rowna znamienitej gigantycznej cytadeli, z ktora kazda rodzinka chce sobie zrobic fotke:)... no ale ilez mozna!
Dodatek kulinarny: na sniadanko - herbatka indyjska (receptura w chwili pozniejszej, bo zaraz na dworzec pedzimy... chociaz i tak pociag nie bedzie punktualnie... jak znam tutejsze zwyczaje...) a potem tandoori z tandori roti... i cos tam jeszcze ... ale z nazwami jestem jeszcze na bakier chociaz i tak sie poprawilam...:) Teraz kilka wrazen w obrazku... tradycyjnie juz...

czwartek, 18 października 2007

Obiadek i spacerek Dehli





























Parikrama restaurant a w menu: vegetable hot-pot!

Dzien 1 Dehli



No i wyladawalam... w zasadzie bez przeszkod... kilka minut pozniej ale to pdobno nic w porownaniu z tutejsza koleja (jutro sprawdze;) - pociag nr 2562 relacji New Dehli-Varanasi JN). Co wiecej, ku mojemu zaskoczeniu na lotnisku czekal pan z karteczka z moim nazwiskiem ( a to nie bylo juz takie pewne - nie wyslalam im kolejnego potwierdzenia o czym dowiedzialam sie w samolocie czytajac dokladnie wydrukowanego maila od nich;))... Transport do hotelu ok. ale osobiscie nie polecam noclegu, Hotel Namaskar- pozostawia wiele do zyczenia a ja juz naprawde nie jestem wymagajaca... i wiem wiem nikomu nie ufam i mile sie rozczarowuje - poki co:)
W zwiazku z tym pierwsze wrazenie nie jest zle. Naprawde! a zdaje sie, ze potem moze byc juz tylko lepiej...
Dzisiaj byl, bo juz sie chyli ku koncowi, lazy day, obiad na 24 pietrze restauracji z widokiem na zmienna (ruchoma podloga) panorame Dehli, (ale bez ekstrawagancji - jadlodajnie poleca moj najlepszy na teraz przyjaciel Lonely Planet 11-th edition( wlasnie dzisiaj widzialam kolejne wydanie z wrzesnia 2007 - rychlo w czas!), przechadzki po ulicach miasta... zreszta sami popatrzcie, a ja tymczasem udaje sie na taras nowego juz hotelu: Asian Guest Hous- wrazenia jutro albo w niedlugim czasie... tego nie moge obiecac...

wtorek, 16 października 2007

FINNAIR - lot AY 738... no to pedze na lotnisko:)

Komu w droge....

temu...