no i z niebieskiego dojechalismy do "zlotego miasta" tak nazywaja tubylcy Jaisalmer... ach te kolory! po prostu bajka...jak do tej pory Indie zaskakuja mnie na kazdym kroku... kolejna odslona to kolejne zauroczenie... wczoraj wlasciciel Haveli poza fortem odslonil przed nami swiat zapachow Indii (nareszcie wiem jak pachnie szafran!) ale caly czas mam nadzieje, ze to najwieksze jeszcze przede mna:)... Zakupy w postaci sari zostawiam sobie na koniec. Mysle, ze Surekha bedzie w tej materii wielce pomocna (jestem z nia w kontakcie, cala jej rodzina czeka na mnie 9 listopada- to podobno nawieksze swieto w Indiach, takie nasze Boze Narodzenie) a tymczasem chlone piekno otaczajacego swiata... oczywiscie nie odmawiajac sobie nadskakiwania hinduskich sklepikarzy... ( sari mialm juz na sobie nie raz a i kurs wiazania przeszlam kilkakrotnie;) ale co mi tam!:) Tutaj, znaczy Jajsalmer, miasto pustynia wiec i z wielbladami racja... ale do miasta dojechalismy autobusem klasy double de lux. Podroz wysmienita ( to nie ten sam blasak co poprzednio) tylko powitanie na dworcu autobusowym przytlaczajace... Tabuny naganiaczy i kazdy jeden krzyczy przez drugiego, ze jego hotel najlepszy, ze transport do hotelu za free... wyrywaja ci plecak, obskakuja ze wszystkich stron normalnie masakra!!! Taki szal, ze policja reagowala. My za to z opresji wyszlismy zwycieska reka. Zaladowalismy sie do rikszy, ktora sprytnie podjechala w nasza okolice i po przejechaniu kilkunastu metrow zerknelismy, juz na spokojnie, do przewodnika i wybralismy male "conieco". Hotel o nazwie Fort View z widokiem na caly fort... restauracja na tarasie... pokoj przestronny z klimatyzacja ( ta chyba mi nie sluzy bo jestem pociagajaca). Wlasciciel zatrzegl, ze nie bedzie nas namawial na safari, a tym bardziej nie wyrzuci z pokoju jak powiemy nie (podobno takie rzeczy sie zdarzaja). Przyznaje, ze spanie poza fortem to takze wybor etyczny... ( zawod architekta zobowiazuje;)) Romantycznie jest spac w starym forcie na pustyni... tyle, ze do zlotego miasta wtlaczane sa hektolitry wody (miedzy innymi do obslugi turystow) co nie sluzy zabytkowi... podobno niedawno jeden z bastionow legl w gruzach... jak tak dalej pojdzie dlugo on nie postoi a ja do tego reki nie chce przykladac... Prawie trzy dni w Jasalmerze a ja czuje sie juz jak u siebie... dni wypelnia podziwianie kolejnych palacow i swiatyn- architektoniczny majstersztyk... no a wczoraj nastapila kwintesencja turystycznej trasy... pobyt w Jasalmerze dopelnila wyprawa jeepem na safari polaczona ze zwiedzaniem swiatyn, cmentarzy macharadzy( wszedzie oczywiscie oplata extra za wstep o czym dowiaduje sie czlowiek na miejscu), wiaski Kanoi na srodku pustyni ze stadem dzieciarni oblapiajacej ze wszystkich stron wiec strach nawet aparat wyciagnac a na koniec przejazdzka na wielbladzie;) Rzeczywiscie tutaj na wydmach trudno o polaczenie ze swiatem ale tylko to internetowe bo po dotarciu na miejsce powitaly nas tlumy turystow, muzyka, spiewy, dzieciaki serwujace cole lub wode do wyboru do koloru...tak jak u nas na plazy w Sopocie w srodku sezonu a wszyscy w oczekiwaniu na zachod slonca... poza tym fatalnym towarzystwem, gdzies na uboczu bardzo romantyczny moze byc taki zachod slonca...
Ostatni dzien w Jasalmerze spedzam na odkrywaniu uliczek nie okupionych jeszcze przez turystow... sama... bo wczorajsza wizyta w jednej z restauracji ( jeszcze nie doszlismy ktora???) odbila sie szerokim echem dzisiejszej nocy... Towarzysze wyprawy nie wyspani wiec teraz regeneruja sily przed podroza w zacisznym hotelowym pokoiku... Ja o dziwo odpieram ataki wszelkich tutejszych bakterii i mikorobow... a juz wieczorem wsiadamy do pociagu i gdzies nad ranem przywitamy Bikaner...
do Dehli narazie nie zamierzamy jechac... no chyba ze przed wylotem:) Przed wyjazdem robilam rozeznanie wiec bylam juz swiadoma co lub kto nas moze spotkac... mialam tylko obawy, ze te tlumy dotra przed nami do Dehli ale jak widac narazie sie mijamy:)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz