... jak ten czas pedzi jak szalony... miasto moze male, dwie ulice na krzyz, na kazym kroku spotykasz tych samych ludzi ale i tak nie wiedziec kiedy konczy sie dzionek a zaczyna nowy...
Wczorajsze tance podobno byly ciekawe ale ja tam nie dotarlam... niestety razem z Ciro szukalismy miejsca przeznaczenia ale jak sie okazalo szwedalismy sie dokladnie na drugim krancu wiochy kolo Templi... mimo to wiemy co bylo... bo Magda z Adamem zdarzyli doniesc... oczywiscie przy kolacji w kolejnej jadlodajni rekomendowanej przez LP:).
Dzisiaj dla odmiany eksplorowanie wioski i drugiego kina ... oczywiscie film o Tybecie... opcji bylo kilka ale ostatecznie droga eliminacji wybralismy i teraz hmmmm nie pamietam dokladnie nazwy ale seans specjalny na zamowienie zaczyna sie o czwartej wiec pewnie jeszcze doniose co i jak... a i chyba mam juz mete w Chandigarze, bo ktos sie do mnie odezwal... znaczy ten sam ktos, ktorego rekomendowal moj portugalski wspolspacz... zaraz pisze replaya na maila:)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
No to piekne, tutaj znajomi tez robili couch surfing po swiecie i sa bardzo zadowoleni. a moze jednak dasz zdjatka bardziej masowo bo sliczne ale malo.
trzymaj sie i pisz!
Prześlij komentarz