nadal... i zdaje sie ze nie bede mogla sie przemiescic tak jak planowalam... juz wymeldowalam sie z pokoju... juz mialm spakowany placak a tu klops. Mimo wczesniejszych ustalen autobusu do Chandigharu wieczorem nie bedzie. Na powrot wiec wynajelismy "nasz" pokoj... problem tylko w tym, ze juz drozej i na nawo zapakowalismy tam swoje plecaki. Niestety nawet tutaj Diwali swietuja wszyscy, lacznie z kierowcami busow do Chandigarhu. Oczywiscie oprocz sklepikarzy i przydroznych handlarzy nastawionych na turystow masowo ciagnacych na sniadanie z Dalai Lama:). A i ja dzisiaj rano mialam te przyjemnosc.. hmmm jak to brzmi - Sniadanie z Dalai Lama...( nadaje sie na tytul ksiazki:)) dla pelnego obrazu dodam, ze His Holines zajadal sie ciasteczkami jako i ja:) i popijal herbatke... niestety ja nie, bo na spotkanie nie wzielismy kubelkow i niestety mnisi serwujacy na prawo i lewo herbatke z mlekiem nie mieli szansy. Pociaszylam sie za to woda mineralna, ktora w takim towarzystwie smakowala rownie wysmienicie:)
Oczywiscie przed wejsciem na spotkanie odstalam w kolejce i przeszlam pelna kontrole osobista... (nie mozna bylo miec ze soba telefonow komorkowych ani aparatow fotograficznych) wiec swiadectwa w postaci obrazka nie ma ale mam nadzieje, ze moje slowa: bylam, zobaczylam, spotkalam tez cos znacza:) potem rozsiedlismy sie wygodnie na jednym z tarasow bo w swiatyni nie bylo juz miesca... zdaje sie ze pierwsi desperaci byli tutaj przed wschodem slonca... i przez mizerne radio wysluchalismy wykladu, ktory w zasadzie traktowal o tym samym czyli o buddyzmie:) koncepcji wewnetrznego ja itd.(szczerze mowiac tlumacz byl tak podly, ze popoludniowe nauki sobie daruje... chociaz ze wzgledu na ciekawe zjawisko socjologiczne warto bylo tam byc...
No a teraz musze troche odreagowac i planuje maly treking w Himalaje... poki jeszcze jeden dzionek zostal i slonce przygrzewa.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz